Choroba to część życia

O tym jak chorować oraz jak być przy osobie chorej - przed 26. Światowym Dniem Chorego - z o. Stanisławem Wysockim, karmelitą, kapelanem Szpitala Specjalistycznego im. Józefa Dietla w Krakowie, rozmawia Anna Wojtas

Co chorowanie zmienia w życiu człowieka?

– Każda choroba, nawet ta uleczalna, kiedy człowiek po badaniach czy pobycie w szpitalu wraca do zdrowia jest ważnym elementem życia. Choroba jest częścią życia bo prędzej czy później każdy z nas zaczyna niedomagać. Jest też znakiem, że nasze życie ma początek i koniec. Choroba, ból, cierpienie – czy to fizyczne, czy duchowe – jest znakiem, że coś w tym pięknie stworzonym przez Architekta Wszechświata układzie zaczyna się psuć. Medycyna potrafi uśmierzyć ból fizyczny, ale w wielu wypadkach, wielu ludziom pozostaje ból duchowy.

Choroba zaprasza do refleksji egzystencjalnej i duchowej choćby nad tym, że prędzej czy później trzeba będzie zrobić definitywne rozliczenie. Przez 23 lata pracy w szpitalu zauważyłem trzy podstawowe zachowania ludzi w sytuacji chorowania.

 

Jakie?

– Pierwszy typ zachowania, gdy choroba i cierpienie są przeżywane w kluczu religijnym, duchowym. Człowiek jest świadom, reaguje, modli się, ofiaruje cierpienie w swojej lub czyjejś intencji. W kaplicy, w moim szpitalu na ołtarzu leży księga modlitw, gdzie ludzie każdego dnia wpisują swoje intencje. Odczytuję je podczas Mszy jako modlitwę wiernych. Ktoś prosi Boga o dobre wyniki, albo żeby zmniejszył się jego strach i obawy przed zabiegiem. To postawa zaufania Bogu.

Nawet gdy ktoś był do tej pory na bakier z przykazaniami to właśnie wtedy przystępuje do spowiedzi, nawet po latach. Spowiedzi są głębokie, świadczą o tym, że człowiek dokonał głębokiej refleksji. Chory przyjmuje Komunię świętą.

Często, w niedzielę mówię pacjentom: „W zdrowym ciele zdrowy duch”; przychodzicie do kaplicy, żeby duch się uzdrowił i umocnił, aby wspierał ciało w procesie zdrowienia. Staram się umocnić ich wiarę i widzę, jak wykorzystują czas choroby również na uzdrowienie ducha. Wyciszają się, znajdują czas na modlitwę nawet jeśli sami już nie pamiętają, kiedy się ostatnio modlili.

Druga postawa wobec choroby – gdy człowiek wciąż jest hardy. Cechuje go bezgraniczna wiara w lekarzy i w medycynę. Mówi, że nic mu nie jest potrzebne, ani Pan Bóg, ani Komunia ani spowiedź. Nie, bo po co? Czasem bywa agresywny, arogancki w stosunku kapłana.

I trzecia postawa – to brak reakcji, zamknięcie się całkowicie w sobie. Choroba to koniec . Czasem tylko pytanie: „za jakie grzechy?”, „co ja takiego zrobiłem, że Bóg mnie karze?”. Pojawia się agresja obwinianie wszystkich wokoło, łącznie z Panem Bogiem, za tę sytuację.

Te trzy postawy – właśnie tak najczęściej ludzie podchodzą do choroby. Staram się im przypominać, „słuchajcie, choroba jest częścią życia. Chrystus uzdrawiał, ale wszystkich nie uzdrowił. Popatrzcie na krzyż, tam jest miejsce dla każdego z nas ale jest nadzieja dla każdego z nas, że krzyż na Golgocie stał tylko 3 godziny. Cierpienie nie trwa całe życie, tylko jest to okres przejściowy. Trzeba go przeżyć, żeby potem razem z Chrystusem zmartwychwstać.

Oczywiście każda osoba, jej życie i choroba są indywidualnym przypadkiem i trzeba je potraktować indywidualnie.

 

Co Ojciec jako kapelan, mówi chorym w takich sytuacjach, kiedy mocują się ze sobą, nie godzą się z własną kruchością? Całe życie byli silni, ale przyszedł moment choroby…

– Co ja mówię? Czasami nic nie mówię. Po prostu idę, „dzień dobry”, „szczęść Boże”, staram się nie narzucać, pytam czy ktoś sobie życzy Komunię, sakramenty. Jeśli nie ma reakcji, mówię tylko, pamiętajcie jestem tu codziennie, można mnie zatrzymać, zaczepić . Jeśli jest chociaż kontakt wzrokowy – to mnie już upoważnia, żeby podejść. Zwykle nie proponuję od razu: A może spowiedź czy sakramenty ? tylko po prostu pytam: co się stało?, czemu jesteś smutny? Czasem na widok księdza pada pytanie: „za jakie grzechy?”. Tłumaczę, że to nie „za grzechy” tylko po prostu „zepsuło się”. Zepsuł się organizm i trzeba go naprawić . Nie rozpaczaj. Musisz walczyć. Stawić czoła. A resztę Jezus zrobi za ciebie.

Ważne, żeby nawiązać kontakt. Z jednym się pożartuje, a potem za 5 minut, godzinę czy dzień mówi, że chce się wyspowiadać albo chce porozmawiać. Zazwyczaj te rozmowy w szpitalu to są historie życia, podsumowania. Czasem sumienie coś wyrzuca.

To nie jest tak, że są szablony postępowania i lecimy według tych szablonów. Nie.

 

Czego najbardziej potrzebują chorzy?

Odrobiny czasu. Chcą, żeby lekarz, czy pielęgniarka, czy kapelan na chwilę zatrzymał się, zamienił dwa słowa, porozmawiał, wysłuchał. Pielęgniarka tego nie zrobi, bo jak na oddziale jest ich 3 i mają 43 pacjentów to jest to niemożliwe. Lekarze są zasypani stertami papierów, a mogliby spędzić więcej czasu wśród chorych. W Krakowie mamy Wolontariat św. Eliasza http://wolontariat.eliasz.org.pl/ i co roku przyznajemy nagrodę „Miłosierny Samarytanin”. Chorzy, którzy zgłaszają do nagrody lekarza czy pielęgniarki najczęściej podkreślają, że należy go wyróżnić bo ten lekarz czy pielęgniarka potrafi znaleźć czas, porozmawia z chorym, uśmiechnie się, umocni nadzieję.

Większość pacjentów mojego szpitala to ludzie starsi, w domu też spędzają czas samotnie. Eurostarcy, których dzieci mieszkają zagranicą. Czasem proszą, by wolontariusz który ich odwiedza w szpitalu, mógł raz w tygodniu odwiedzać ich w domu, jak wyjdą ze szpitala. Bo jestem sama, bo nie mam nikogo – tak mówią.

Chorzy oczekują odrobiny ludzkiego ciepła, by na chwilę stać się towarzyszem ich doli i niedoli, powiedzieć :”będzie dobrze” ale liczą też na pomoc personelu medycznego, by to zapewnienie, że będzie dobrze mogło się ziścić.

 

Jak być z człowiekiem chorym? Niektórzy może boją się, że nie będą potrafili

Czasami przyjść i usiąść przy łóżku, porozmawiać chwilę z chorym to jest przeogromna pomoc, jaką mogą wyświadczyć np. wolontariusze. To też przeogromna nadzieja dla chorego, że będzie lepiej. Relacje są różne. Gdy ktoś zapyta „czy coś ci pomóc” bywa, że chorzy z początku trochę z nieufnością odpowiadają, niektórym w głowie się nie mieści, że wolontariusz może bezinteresownie poświęcać swój czas. Najważniejsze to być na chwilę towarzyszem, dzielić choć przez chwilę sytuację chorego. Nic, żadna maszyna, nie zastąpi człowieka, który przyjdzie i usiądzie przy nim.

Pamiętam taką sytuację, która zdarzyła się w szpitalu w Rzymie, gdzie pracowałem. O godz. 21. rozpoczynałem dyżur, chwilę potem przychodzi sygnał na pager, że ktoś prosi o rozmowę. Giuseppe był pacjentem szpitala już od dłuższego czasu, przyjmował sakramenty, kiedy miał jeszcze siły przychodził do kaplicy na Mszę. Już wcześniej go odwiedzałem, jak starego druha. Przyszedłem i pytam: Giuseppe, co jest? co chciałeś?. Nie, nic, proszę ojca. No to śpij spokojnie. A ten mówi: ojcze, usiądź obok mnie i pomóż mi umrzeć. Usiadłem, wziął mnie za rękę. Tysiące myśli przebiegało przez moją głowę i mówię: Giuseppe, chcesz to pomodlimy się? Nie, ojcze nie, ja już się dzisiaj pomodliłem. To może chcesz i jeszcze ci udzielę sakramentów, przyniosę ci Komunię? Nie, już też przyjąłem. Ojcze, posiedź tu przy mnie. I cisza. Trzyma mnie za rękę. A ja sobie tak myślałem: zobacz profesorze (byłem wtedy doktorantem teologii na Lateranie) on nie chce twoich nauk, odpowiedzi, nie chce nic. Chce tylko poczuć ciepło dłoni i obecność. Zasnął. Zmarł nad ranem. Będę to pamiętał do końca życia.